Słowo Reni

Za sprawą zgrabnych palców rzuconych na klawiaturę…

Specjalistka

Zastanawiam się, jak to jest czuć się kochanym? Nie mówię o obsypywaniu słodyczami przez babcię i robieniu do szkoły kanapek z szynką i pomidorem na znak matczynej miłości. Mam na myśli to uczucie, kiedy ktoś cię potrzebuje, podziwia i akceptuje takim, jakim jesteś.

Jesteś człowiekiem, który popełnia błędy, podejmuje rozmaite, względnie słuszne decyzje, boryka z różnymi problemami. Jeśli ktoś nie akceptuje twojej przeszłości, przekonań i wyborów, choćby były skrajnie różne od jego i mówi, że cię kocha – kłamie. Albo jest wyrachowanym kłamcą i zwyczajnie chce cię przelecieć, albo niedojrzałym dzieciakiem, który jeszcze nie rozumie, że jedni mają wanne, drudzy mają prysznic. Wyjaśnię metaforę: ludzie zupełnie odmiennie ukształtowani przez społeczeństwo, o rozmaitych doświadczeniach i innych poglądach trafiają na siebie. Jeśli chcą coś razem stworzyć, muszą być świadomi swoich wad i zalet. Po to jest tak zwane „poznawanie się”. Najważniejsze w związku i najtrudniejsze dla wielu jest zaakceptowanie partnera razem z jego brzydkimi stopami, brakiem umiejętności kulinarnych i resztą inności dzielących go od nas. Najtrudniejsze, bo konstrukcja człowieka nie pozwala mu tak „po prostu” pogodzić się z tym, czego do tej pory nie uznawał lub nie stosował. Pomimo wszelkich chęci czujemy odrazę, wątpliwość, gdy druga osoba nie jest taka, jakbyśmy chcieli. „Po prostu” się nie da. Wymaga to bardzo dużo pracy, chęci i dojrzałości. A czemu najważniejsze? Jeśli partnerzy nie zaakceptują a odrzucą od świadomości chociaż najmniejszą wadę udając, że jej nie ma, związek posypie się jak domek z kart po sześciu miesiącach albo po sześciu latach (co, jeśli się posypie – temat na następny inny wpis).

Po pomyślnym zakończeniu etapu uznawania odrębności partnera należy oddzielić przeszłość grubą krechą i zacząć nowe DZISIAJ i nowe JUTRO – wspólnie. Nie mówię o dozgonnych, nadmuchanych deklaracjach. Mówię o troszczeniu się o siebie, śmianiu z głupot, rozmawianiu na wszystkie możliwe tematy i dawaniu drugej osobie tego, co najpiękniejsze – siebie samego.

Oto rady Reni, która w mentalności mężczyzn jest wybitną specjalistką, podobnie jak w związkach i byciu kochaną…

Wiosenne odchudzanie przebiega pomyślnie. Widać efekty – opuchlizna z wybitego palca zeszła prawie całkowicie…

Kwiaty zwiędły.
Czerwone płatki opadły całkowicie i nieodwracalnie.
Dni przeciekają przez palce.
Cieszysz się wolnością, pośród narzuconych granic.
Granice czynią z wolności klatkę.

Renia swój wolny, czwartkowy wieczór postanowiła poświęcić na załatwienie spraw. Po pierwsze, odkładanej od wielu dni wizyty u lekarza. Po drugie, zdobycie zaświadczenia o możliwości wzięcia udziału w zawodach sportowych.

Spocona Renia biegnie do przychodni, po numerek do rejestracji. Już jest spóźniona, ale jeszcze siku. Gorąco. Numerek 17. Gabinet 114. Nie ma kolejki. Renia wierzy, że minie 5 minut i będzie po sprawie. 18.15 wchodzi do gabinetu. Podstarzały „3x pączek” Doktorski siedzi przy swoim biurku.

R: Dzień dobry
Doktorski nawet nie spojrzał na Renię. Notuje coś w swoim kajecie, co chwilę poprawiając okulary. Po kilku minutach oczekiwania na jego łaskawą uwagę, Renia dostąpiła zaszczytu konwersacji:
D: Co Panią sprowadza?
R: Panie doktorze. Przebyłam przeziębienie, jednak pozostał mi suchy kaszel i obrzęk w zatokach. Nie jestem osłabiona, nie mam gorączki ani bólu gardła. Chciałabym prosić o jakieś leki, gdyż kaszel jest bardzo uciążliwy i nie mogę pracować.
Doktorski bierze do ręki długopis i zaczyna wypisywać jakiś kwit.
D: Wie Pani, to się często zdarza, że przy chorych zatokach pojawia się kaszel. Ale to już nie moja sprawa. Tu trzeba do laryngologa.
Doktorski podaje Reni skierowanie.
R: Ale Panie doktorze, ja na wizytę u laryngologa będę czekała do połowy kwietnia, jak nie dłużej. Mam się męczyć jeszcze przez kilka tygodni?
D: Ja nic nie poradzę. Z zatokami do laryngologa.
Stanowczo przeciągnął palcami po krzywo obciętym, pedalskim wąsiku i czeka aż Renia opuści gabinet, przekonany, że załatwił kolejnego pacjenta. Renia, lekko sfrustrowana, uparcie walczy o swoje.
R: Nie rozumiem. Nie zapisze mi Pan żadnego leku?
Doktorski niecierpliwie zaczyna wypisywać receptę. Jego wyraz twarzy jednoznacznie wskazuje na: „Masz i wyp…”.
D: Tu ma Pani antybiotyk, dwa razy dziennie rano i wieczorem. A ten lek doraźnie, rano. Ale i tak trzeba się udać do laryngologa.
R: No dobrze. Ja w takim razie mam jeszcze jedną prośbę. Za tydzień jadę na mistrzostwa sportowe i potrzebuję zaświadczenia lekarskiego, że jestem zdolna do wzięcia w nich udziału.
D: Ale Pani nie jest.
R: Nie rozumiem.
D: Nie wydam Pani zaświadczenia, bo Pani jest chora. Proszę przyjść jak Pani wyzdrowieje, to porozmawiamy. Do widzenia.
R: Panie Doktorze, ja bardzo potrzebuję tego zaświadczenia na następny tydzień. Jestem osobą pracującą i nie mogę po raz kolejny zwolnić się z pracy. Chciałabym to dzisiaj załatwić.
D: Ja nic nie poradzę. Pani jest chora i nie wiadomo, czy w ciągu tygodnia wyzdrowieje. A jak nie, to potem ja dostanę po głowie…
Zaraz Doktorski dostanie, ale od Reni…
R: Skąd Pan wie, że jestem chora? Nawet mnie Pan nie przebadał. Nie osłuchał, nie zajrzał do gardła, nie sprawdził węzłów chłonnych…
D: Jakich węzłów, skoro ma Pani infekcję w zatokach!? Po co mam badać, przecież Pani sama powiedziała, że jest chora.
R: A jeśli bym skłamała, chcąc na przykład tylko uzyskać zwolnienie z pracy?
D: No w przypadku wystawienia zwolnienia musiałbym Panią zbadać.
(Renia pragnie zauważyć, że antybiotyk zapisuje się BEZ PRZEBADANIA pacjenta, ale do wypisania zwolnienia jest ono konieczne…)
Idźmy dalej:
R: Dobrze, w takim razie – tu Renia na skraju wytrzymałości – jestem zdrowa. Nie chcę tej recepty, nie chcę skierowania. Proszę mi wydać zaświadczenie.
D: Ale Pani jest chora!
R: Pan mnie nie zbadał! Proszę mnie zbadać!
D: Nie ma potrzeby, to zrobi laryngolog. Nie wydam Pani zaświadczenia.
Renia stara się opanować swój wulkan dezaprobaty.
R: Czyli rozumiem, że po zaświadczenie mam się zgłosić w przyszłym tygodniu?
D: Tak, ale najlepiej nie do mnie, a do lekarza prowadzącego. Do widzenia.

Tyle z czwartkowego wieczoru (godz. 18.45)… Do tej pory nie mogę uwierzyć, że ten lekarz był prawdziwy… Wróciłam do domu z receptą wypisaną „na słowo”, bez zaświadczenia, przekonana, że służba zdrowia jest żenująca, a promotor „3x pączka” Doktorskiego 30 lat temu pomylił się jak cholera…

Przydarzył mi się pewien wędrowca.

Wracałam do domu późnym wieczorem. W zatłoczonym metrze panował wyjątkowo specyficzny nastrój. Monotonny szum usypiał zmęczonych pasażerów. Ludzie tkwili w głębokim letargu, nikt nie szeptał, nikt nie rozmawiał. Wszyscy, choć stojący od siebie na wyciągnięcie ręki, nie dostrzegali się wzajemnie, zamknięci w sobie, niedostępni. Siedziałam w rogu, obserwowałam, trochę smutna, trochę roztrzęsiona po całym dniu.

Stanęliśmy gdzieś na Mokotowie, kiedy w wagonie rozbrzmiała muzyka. Na początku niewielu z nas zwróciło uwagę. Dźwięki harmonijki ustnej zaczęły układać się w znaną melodię – Amazing Grace. Po chwili niektórzy pasażerowie, rozglądając się po sobie, próbowali zlokalizować źródło muzyki. Nie musieli długo szukać, gdyż owe źródło przemieszczało się pośród statycznego tłumu. Grupa ludzi stojących niedaleko mnie napęczniała, po czym rozdzieliła się na dwie części. Wówczas i ja go zauważyłam. Starszego pana, z siwym, przydługim wąsem, wychudzoną twarzą i siwą czapeczką z ubiegłego stulecia. Luźna marynarka, jasne spodnie i podniszczone buty tworzyły kompozycję, która podkreślała melancholię i skromność mężczyzny. Sylwetkę miał wątłą, okulary w srebrzystej oprawce i dużą, błyszczącą harmonijkę przy ustach. Grał oburącz, jednak środkowym i serdecznym palcem przytrzymywał plastikowy kubeczek, do którego zbierał pieniądze. Łagodnym wzrokiem patrzył daleko w przestrzeń.

Przesuwał się między pasażerami, nieprzerwanie grając. Był jak powiew nowej energii, jak dobry duch, nienachalny, spokojny, ulotny. Wzruszał. Rozczulał. Wsłuchiwałam się w każdy dźwięk i każdą pauzę jego tkliwej muzyki. Staruszek swoją grą wywoływał uśmiech na twarzy każdego, kogo mijał. Na mojej również. Obserwowałam jak powoli znika pomiędzy ludźmi. Coraz trudniej było usłyszeć śpiewną melodię, aż w końcu zamilkła, ustępując monotonnemu szumowi pociągu. Zrobiło mi się żal. Mężczyzna zniknął tak szybko jak się pojawił, nie zostawiając po sobie nic, oprócz miłego wspomnienia i subtelnego uśmiechu na twarzach ludzi, którzy po chwili wrócili do przerwanego letargu.

Przygnębia mnie myśl, że mężczyzna wciąż gra tę samą melodię w innym wagonie. I ktoś inny się teraz dzięki niemu uśmiecha. Przydarzył mi się pewien wędrowca. Ludzie przydarzają się sobie.

piękna wersja -> http://www.youtube.com/watch?v=iT88jBAoVIM

Jak brzmiało to powiedzenie…? „Mówisz i masz”? Dokładnie tak jest. A kto mi powie, że nie, temu wyślę sprawozdanie z ostatniego tygodnia.

Wystarczy tylko pomyśleć, zapragnąć, zaprogramować umysł. Wszystkie problemy rozwiązują się same, nowe możliwości sypią jedna za drugą. Nawet igła w stogu siana ironicznie kłuje w stopę, kiedy najmniej się tego spodziewasz…

Ostatnio zaobserwowałam nadwrażliwość na reklamy telewizyjne. Nadwrażliwość… Wyprowadzają mnie z równowagi, doprowadzają do mdłości i chęci wyrzucenia odbiornika przez okno reklamy podpasek, środków przeciwbólowych, proszków do prania i babskich czasopism.

Dziś czarę goryczy przelała reklama pasty do zębów. Pozwolę sobie przytoczyć myśl przewodnią: „Szukasz męża? Najpierw kup pastę wybielającą!”. Jako kobieta czuję się urażona – sprowadzona do roli porcelanowej lalki na wystawę. Będąc mężczyzną też bym się wzburzyła. Facet jak facet – często myśli… a nie głową, ale nie każdy jest powierzchownym prymitywem. Jako bierny słuchacz, odpisujący w tym czasie na maile zostałam zmanipulowana. Przecież cały ten syf zapisuje się w podświadomości. I (nie daj Boże) za 10 lat, siedząc samotnie z chińskim żarciem i lodami czekoladowymi, spoglądając wyczekująco na telefon będę wyrzucać sobie, że nie kupiłam pasty wybielającej wtedy, kiedy moje piersi jeszcze sterczały.

Drugą w kolejności, zasługującą na napiętnowanie, karygodną reklamą jest ta, w której Lord Siusiak potyka się o sznurowadło i wymyśla taniec. W XVIII wieku… Przecież są ludzie, którzy to kupią… i później się dziwić, że społeczeństwo jest niedokształcone. No jak się takie głupoty w telewizji opowiada…

Należy także wspomnieć o zatruwającej naszą autosugestię (podczas jesieni i zimy szczególnie) pladze reklam środków farmaceutycznych. Tabletek na gardło, przeziębienie, ból (tu ze 20), chrypę, odporność, koncentrację oraz tych bardziej wymyślnych na kaca, hemoroidy, wzdęcia, erekcję i zwiększenie doznań seksualnych. Do tego dorzućmy syropy na kaszel mokry i suchy, na pamięć i na serce, smarowidła na stawy i żylaki, niezbędne (jakże inaczej) suplementy diety i środki na odchudzanie (tu również ze 20). Tak jest, moi Państwo! Żryjmy! Tylko zgodnie z treścią ulotki… Nasza wątroba rwie się do roboty.

A teraz pytanie: Gdzie zatracono wspaniałomyślną ideę reklamy, która nienachalnie informuje konsumenta o zaletach produktu, nie wmawiając mu, że jest chorym, grubym, zaniedbanym, pierdzącym impotentem?

Wiśniowa pościel

Dziś nie budzi mnie budzik. Nigdzie się nie spieszę i wstanę, gdy będę miała ochotę. Otwieram powoli oczy, uczucie błogości pozostaje. Wiśniowa pościel niedbale otacza nagie ciało. Włączam długą pauzę na dzisiejszy poranek…

Patrzę jak śpisz. Zapamiętuję Twoje usta, mieniące się w świetle włosy i duże, smukłe dłonie. Zapamiętuję kształt ciała przysłoniętego kołdrą. Urzekająco niewinny wyraz twarzy budzi we mnie najczulsze emocje. Delikatnie muskam palcami Twoją szyję, górną część pleców, ramię. Nie pozwolę sobie na pocałunek, nie chcę Cię obudzić. Subtelnie nasuwam kołdrę na Twoje barki. Wreszcie, choć nieświadomie pozwalasz się sobą zaopiekować. Nie jesteś teraz niezniszczalnym herosem, odważnym, nieugiętym bohaterem. Jesteś mężczyzną – kochankiem, o którego kobieta – kochanka pragnie się troszczyć.

Mijają kolejne minuty. Przeciągasz się, prężysz swoje ciało. Powoli podnosisz ciężkie powieki. W porannym świetle połyskują jasne oczy. Co chwilę zdają się mieć inny kolor, jednak niezmiennie jawią się spokojem i łagodnością. Obserwujesz mnie… chłoniesz… ogarniasz… Dotykasz dłonią rumianych policzków, kruchej szyi, okrytych kołdrą piersi. Przyciągasz do siebie. Wiem, co chcesz powiedzieć. Nie musisz nic mówić. Całkowicie i dobrowolnie ulegam. Powoli wtapiam palce w Twoje kręcone włosy. Wiśniowa pościel niedbale otacza nagie ciała. Włączam długą pauzę na dzisiejszy poranek…

Jestem gwiazdą… Nie mogę wyjść z podziwu nad swoją zajebistością tak bardzo, że aż mi się piórko w tyłku przekrzywiło… – Tak, Renia jest fanką samozachwytu. Jak również szerokiej palety barw, w której się ów samozachwyt objawia. Paleta widoczna jest głównie na fejsiku i innych portalach społecznościowych, ale także (zbyt często i okrutnie) w życiu codziennym i to w najbliższym otoczeniu Reni.

Zacznijmy od kreowania fikcyjnego wizerunku w internecie. Może odbywać się na wielu płaszczyznach. Na przykład na płaszczyźnie Blond-Tynku: „Mamy odwilż. Z tej okazji (każdy powód jest dobry) postanowiłam postać przed lustrem trochę dłużej,  poprzyglądać się sobie, nacieszyć idealnym kształtem czoła, nosa i dziubeczka. Nie chcąc zaprzepaścić okazji utrwalenia tego widoku strzeliłam sobie Sweet Focię ze Sweet Dziubkiem w sepii. Wcale nie przeszkadza mi, że w tle widać ręczniki i kawałek kibla.” Istnieje także płaszczyzna ViAjPi: „Patrzcie, mam zdjęcie z gwiazdą serialu M jak Morświn. Jestem tak fajna jak ona, bo moja mama pracuje w telewizji i zna tych wszystkich ważnych ludzi”. Często pojawia się też syndrom Krejzi-Foteczki: „Tak wyglądała moja zakręcona osiemnastka, na której was nie było, bo nie jesteście wystarczająco super, żeby was zaprosić”.

To kilka przykładów braku autokrytyki, z którymi spotykam się codziennie wchodząc na Fejsika. Oczywiście sama także kreuję swój wizerunek poprzez weryfikację tego, co wstawiam na tablicę i tego, co piszę na blogu. Ba! To co piszę, wcale nie musi być  prawdą… W każdym razie, wydaje się, że przyczyną wyżej wymienionych kwiatków internetowych jest różny stopień umiejętności autoweryfikacji.

A co z paletą samozachwytu w życiu codziennym? Tutaj mechanizm wygląda podobnie. Ludziom jest lepiej, kiedy czują się wyjątkowi (Renia nie dzieli ludzi na mniej i bardziej wyjątkowych, tylko na tych, którzy ją inspirują i tych, którzy nie). Tu znów pojawia się kilka rodzajów niezdrowego samozachwytu. Kilka dni temu zaobserwowałam przypadek Pana Ważniaka, który w restauracji zostawił kelnerce spory napiwek z miną mówiącą: „Masz laleczko, kup sobie piankę do włosów.” Szczęściara, w tym miesiącu zarobiła na bilet do domu (zauważmy, że od stycznia bilety PKP kurna podrożały). Ale najtrudniejszym do współegzystencji przypadkiem są Gwiazdorzy, którzy pławią się w samozachwycie i wywyższają ponad innych z racji tego, co osiągnęli, nie myśląc o tym, ile jeszcze przed nimi. Syndrom gwiazdy jest ewidentnie widoczny w środowiskach artystycznych. Gwiazdorzy żywią się uwielbieniem ludzi, choć ich samych mają ich w dupie. Biegają z najdłuższym i najbardziej kolorowym piórkiem w tyłku, myśląc: „Ludzie kochajcie mnie, bo ociekam zajebistością. Nie zadaję się z  gorszymi, ale możecie na mnie popatrzeć”. Jeśli przyjdzie Wam współpracować z Gwiazdorem, a nie jesteście dla niego autorytetem, macie przekichane. Najgorsze, że na pierwszy rzut oka tacy ludzie wydają się zabawni, dość inteligentni i pracowici. Jedyną cechą, jakiej im brakuje jest zbawienna pokora.

A jeśli macie w projekcie dwóch gwiazdorów, ostrzegam… Gwiazda może być tylko jedna…

Worki z piaskiem

Czy człowiek potrafi decydować o własnej przyszłości? Dlaczego ludzie muszą wybierać pomiędzy pasją a pieniędzmi? A tylko nieliczni mogą żyć z tego, co naprawdę ich cieszy…

Nie mówię, że praca przeciętnego Kowalskiego nie może dać poczucia spełnienia. Pieczenie ciast, obcinanie włosów czy sprzedawanie mebli biurowych może być naprawdę satysfakcjonujące, jeśli się to kocha. Choć zawsze intrygowała mnie posada babci kiblowej. Nie chcę oczywiście nikogo obrazić, zdając sobie sprawę, że każdy sposób na uczciwe opłacenie rachunków jest dobry. Niemniej jednak większość z nas ma mniej lub bardziej sprecyzowany plan na przyszłość i cele, które pragnie realizować. I tu wkraczają komplikacje. Mówiąc komplikacje, mam na myśli nakazy, zakazy, stereotypy i bariery ustawione nie przez nas samych, a przez najbliższe nam osoby. System jak system, społeczeństwo społeczeństwem, ale dlaczego nasze matki i nasi ojcowe, dziadkowie, cocie czy wójkowie uważają, że podejmując decyzję za nas, zabezpieczają naszą przyszłość lub oddają nam przysługę? Zapytajcie studentów medycyny, prawa czy architektury dlaczego wybrali taki zawód. Przypuszczalnie dość znaczny odsetek będzie stanowiła odpowiedź „bo rodzice…” (sporządzenie tej statystyki Renia zostawia na rok 2014).

A co z małymi księżniczkami, które od dziecka marzyły o zostaniu aktorką, modelką czy piosenkarką? Co z chłopcami, którzy od zawsze pragnęli kariery sportowca? Marzenia takich dzieci są zbyt często bagatelizowane przez rodziców, nauczycieli i inne ograniczone atrapy ludzkiej racjonalności. Bo jaki wybór zawodu jest prawdziwie racjonalny? Dlaczego własny ojciec wspiera córkę w zamiarze bycia weterynarzem, ale kiedy dwa lata później dowiaduje się, że chce zostać tancerką, kręci nosem? Babcia powtarzała: „Dziecko, ucz się języków. Języki mają przyszłość”. Za każdym razem chciałam odpowiedzieć jej: „Babciu, przyszłość kreuje się samemu. Nie chcę przez całe życie czuć niechęci, wstając rano z łóżka i obrzydzenia, kładąc się do niego wieczorem”. Największym skarbem jest rodzic, który potrafi szczerze wesprzeć dziecko w każdym jego wyborze. Nie mówię o hipokryzji i manipulacji, które często ujawniają się pod przykrywką wspaniałomyślnej akceptacji. Mówię, o rodzicu, który daje poczucie, że błędy wolno popełniać. I nie krytykuje cię za ich ilość.

Mam szczęście być dzieckiem takiego rodzica. Wrażliwego i świadomego, od którego nigdy nie usłyszałam słów krytyki, który wyjaśniał mi każde zagadnienie najlepiej jak potrafił, i który pomagał mi w szukaniu nowych możliwości, nie narzucając swojego zdania. Rodzica, który pozwolił mi dojść do wszystkiego samodzielnie, podejmować ryzyko i decydować o swojej przyszłości, co dziś jest rzadkością. A kiedy było źle, dawał oparcie i ciepło, przywracając motywację i chęć do działania.

Podjęłam zawód, który jest moją pasją. Mój wybór budził sprzeciw wielu członków rodziny. Znalazłam w sobie siłę na przeciwstawienie się stereotypom i przezwyciężenie wątpliwości. Wątpliwości – bo przecież wcale nie było tak, że ślepo wierzyłam w coś, co nigdy mogło nie nadejść. Płacę rachunki, tankuję samochód, kupuję jedzenie, karnet na siłownię i świąteczne prezenty. Zamierzam ciągle rozwijać się zawodowo i doskonalić swoje umiejętności. Wiem, że nie wolno mi się zatrzymać.